Sekcja skandynawska.
Swiftie's dad.
Od dziecka byłem zafascynowany pociągami. Być może to efekt częstych przejazdów między Lublinem a Krakowem, gdzie zakorzeniona była połowa mojej rodziny. Walka o miejsce - wsiadanie na bocznicy, oliwkowe wagony typu bonanza… To na stałe utkwiło w mojej pamięci.
Schronisko Kebnekaise to szwedzkie centrum alpejskie: miejsce zarówno dla szarych wędrowców, wspinaczy jak i alpinistów chcących zdobyć najwyższy szczyt Szwecji. Stąd wychodzą wycieczki na Kebnekaise: z przewodnikiem drogą wsch., można też samodzielnie go zdobywać drogą zach.
Ostatnio rozstaliśmy się przy chacie Singi po 8 rano. Droga jeszcze daleka (15 km), załamanie pogody w perspektywie, więc bez zbędnej zwłoki opuszczam szlak Kebnekaise (wiodący dalej na południe) i ruszam na wschód ("tam musi być jakaś cywilizacja") ku Kebnekaisefjällstation.
Start: 5:30, plecak: kto by w tych oklicznościach zwracał uwagę…
Całą noc wiał silny wiatr, według prognoz dzień ma być burzliwy i wietrzny. Tymczasem na początku nic tego nie zapowiada. Wiatr ucichł, a leniwie wstające słońce pokrywa okolicę fantastycznymi kolorami.
Start 6:30, plecak: oj, ciężki…
Ponownie długi, „podwójny” odcinek, pomiędzy chatami Alesjaure i Tjäktja (14 km) oraz Tjäktja i Sälka (13 km). Po drodze jest słynna #Tjäktjapasset (Przełęcz Tjäktja) - miejsce uznawane za jedno z najtrudniejszych na całym szlaku.
Start 7:00, plecak 18kg minus dwa dania liofilizowane :)
Długi odcinek: 22 km, trudność: techniczna niska, wytrzymałościowa średnia. Pierwsze kilometry to w miarę łagodna trasa wiodąca łąkami. Z czasem ścieżka prowadzi wrzosowiskami z janowcem, brzozą karłowatą i wierzbą.
Start: 8:00, plecak: 18 kg. Pierwszy odcinek Kungsleden to właściwie rozgrzewka: niezbyt długi (15 km) i niezbyt wymagający fizycznie. Trasa prowadzi przez Park Narodowy Abisko, w znaczniej mierze wzdłuż rzeki Abiskojåkka. Początkowo droga wiedzie lasem brzozowym.